Dr Marek
Głogoczowski
Mount
Mc Kinley (
Załączone zdjęcie. Autor z plecakiem na wysokości ok.
Poniżej znajduje się mój reportaż z pierwszego polskiego wyjścia, latem 1970 roku, na Mt Mc Kinley na Alasce. Kopię maszynopisu tego reportażu znalazłem w papierach rodzinnych w Krakowie w 2003 roku, podczas ich porządkowania po śmierci mej matki. Poniższy reportaż nie mógł się ukazać w „Taterniku” na początku lat 1970, jako iż moje nazwisko było w tym okresie w Polsce na indeksie. Przy kopiowaniu maszynopisu zachowałem jego oryginalną pisownię.
Marek Głogoczowski, Zakopane, sylwester 2006.
Mount
Mc Kinley (
Zwyczajowe drogi dojścia do masywu biegną poprzez ogromne lodowce – Kalhitna (patrz zdjęcie), Muldrow oraz Peters – które ciągną się na przestrzeni dziesiątek kilometrów. Obecnie ta niedogodność dojścia została zlikwidowana dzięki małym, kilkuosobowym samolocikom lądującym na lodowcu w odległości zaledwie 1-2 dni drogi od głównego masywu. Jak dotąd (rok 1970), na szczyt weszło zaledwie kilkaset osób, z czego prawie 300 osób w ciągu ostatnich kilku lat. Ja z mym partnerem ponoć mamy numery 349 i 350 według statystyki prowadzonej przez Park Narodowy na Alasce. (W 30 lat później, na początku lat 2000, liczba osób, które weszły na Mt Mc Kinley, przekroczyła 6 tysięcy.)
*
Gdzieś z początkiem lipca 1970, gdy byłem graduate
student na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, przypadkowo spotkany
kolega, z którym się kiedyś wspinałem w Yosemite wspomniał, że ktoś szuka
partnerów na wejście na Mount Mc Kinley na Alasce. Aktualnie nie miałem nic do
roboty i właściwie winienem był szukać jakiegoś letniego zajęcia
– bo stypendium w lecie nie funkcjonowało, a w kieszeni miałem tylko z
dwieście dolarów. Szybko przeliczyłem – sto na podróż, sto na jedzenie... A
może by tak popróbować szczęścia na Alasce? Kolega twierdził, że impreza jest
niepewna, nie wiadomo kto ma jechać, ale gdybym
chciał, to znajdzie mi ich numer telefonu. Następnego dnia już wiedziałem, że
jeden jest Austriakiem imieniem Franz, lat
Wobec mego, chronicznego braku pieniędzy, zdecydowaliśmy się na przejazd na Alaskę Volkswagenem Franza (model 1960). Przeciążony naszym sprzętem mknął on po autostradach czasami aż 80 km/godz., a pod górę zipał na jedynce – ale jechał! Po tygodniu jazdy Alaskan Higway w warunkach raczej mało komfortowych dotarliśmy do Talkeetna – bazy wypadowej na Mount Mc Kinley.
Początkowo nasza miniaturowa ekspedycja decyduje się na dojście pieszo do stóp góry. Jednak sławny lotnik Don Sheldon wybija nam to szybko z głowy: „zanim dojdziecie do właściwej góry, to buty na kamieniach zniszczycie, nie mówiąc, że od stałego wpadania w szczeliny może się wam całej imprezy odniechcieć”. Ponieważ pora jest już spóźniona (koniec lipca) decydujemy się na przelot w jedną stronę do stóp góry, ma to kosztować „tylko” 85 dolarów na głowę.
Odczekawszy w Talkeetna dzień złej pogody, wylatujemy następnego dnia.
Spodobaliśmy się Don Sheldonowi. Samolocik chyba przez pół godziny przewija się
między lodowcami, przełęczami i szczytami, odsłaniając najwspanialsze widoki,
jakie kiedykolwiek widziałem. W końcu lądujemy na małej odnodze lodowca, na
wysokości około
Na śnieżnym lądowisku dowiedzieliśmy się, od jednej z uczestniczek poprzedniego, udanego „tylko kobiecego” wejścia na Mc Kinley, że na górze porzucone są całe stosy żywności. W związku z tym decydujemy, że zamiast dźwigać żywność w kilku ratach, na miesiąc „przepisowej’ ekspedycji, ruszymy z miejsca lądowania z zapasami na około tydzień. Ewentualnie, gdybyśmy nie odnaleźli skrytek z żywnością, to wrócimy po resztę.
Jeszcze tego samego dnia wyruszamy. Nieprzyzwyczajony do chodzenia w rakietach śnieżnych, potykam się co chwila i walę w głęboki śnieg. Wstanie potem, z 50 kilogramowym plecakiem, wymaga nie byle jakiego wysiłku, moi partnerzy spisują się nie lepiej. Tego dnia uszliśmy zaledwie kilka kilometrów. Wcześnie idziemy spać, by dalszą drogę odbyć po stwardniałym, rannym śniegu. Wkrótce budzi nas wspaniałe słońce (które świeci tutaj przez prawie 20 godzin na dobę). Nie możemy narzekać, że pogoda nam nie dopisuje. Jednak już po kilku godzinach sytuacja się pogarsza: śnieg rozmięka, rakiety zaczynają się zapadać, co przy piekącym słońcu powoduje, że poruszamy się z szybkością ślimaków. A na dodatek, płaski dotychczas lodowiec zaczyna się spiętrzać. Po drodze mijamy olbrzymie (chyba kilkaset kilogramów zapasów!) skrytki z żywnością. Powrót po prowiant do miejsca lądowania chyba nam nie grozi!
Nie osiągnęliśmy tego dnia zaplanowanej przełęczy
Kalhitna. Uszliśmy zaledwie z
Na przełęczy Kalhitna zostawiamy wszystko, co nie
wydaje się nam być absolutnie niezbędne. Sądząc po skrytkach (ang. „caches”)
oglądanych dotychczas, żywność na 3-4 dni winna nam całkowicie wystarczyć. Z
plecakami, z których ubyło po jakieś
Przed snem sobie kalkuluję – do szczytu jest tylko dwa
dni marszu, jeśli wytrzyma pogoda i wysokość nas nie zmoże, to już po 5-6
dniach od chwili startu moglibyśmy być na szczycie, a po 8-9 dniach z powrotem
w miejscu lądowania. Dotychczasowy rekord to 11 dni, a więc szansa pobicia go
istnieje! Następnego dnia znowu ruszamy w górę, tym razem robi się już całkiem
stromo, poprzednie ekspedycje założyły nawet liny poręczowe. Tymczasem
bezchmurna pogoda, do której zdążyliśmy się już przyzwyczaić, zaczyna się
załamywać, zrywa się silny wiatr, wysoko na niebie pojawiają się cirrusy
zapowiadające burzę. Nam też nie idzie najlepiej, ostatnie metry przed obozem
Tej nocy śpimy nienajlepiej. Jaskinia jest trochę
przyciasna, a na zewnątrz zerwała się wichura i śnieg przysypuje nam śpiwory.
Czuję dotkliwy ból głowy, obok Ken jęczy, że bolą go oczy. Następnego dnia
prawie w ogóle się nie ruszamy poza naszą śnieżną grotę. Moi partnerzy leżą, ja
piszę te notatki. Czuję się już całkiem dobrze, tej nocy śpię prawie normalnie.
rano budzę się wcześnie, pogoda wydaje się być
zachęcająca, ale mój optymizm rozwiewa się wobec ogólnego marazmu towarzyszy. Śpimy więc znowu do południa. Tymczasem na zewnątrz
zaświeciło słońce, wiatr trochę zmalał, tak iż można
wyjść z naszej nory. Grupa alpinistów, których spotkaliśmy wychodzących z obozu
na
Rano niebo jest takie dość dziwne, w zasadzie czyste,
tylko nad Mc Kinley’em wisi groźna, soczewkowata chmura. Zbieramy się do
wymarszu. Gdy już mamy wychodzić, wiatr zrywa się znowu. Po prostu wpycha nas z
powrotem do naszej nory. Tak więc spędzamy
sfrustrowani już trzeci dzień na
Czwartego dnia rano pogoda zdaje się nie być lepsza
niż poprzednio, ale mimo to postanawiamy spróbować. Amerykanie też się
decydują. Ruszamy więc 8-osobową kawalkadą na przełęcz
Denali (
Posuwamy się powoli, lecz bezustannie, pochód prowadzi Amerykanin, który już kiedyś był na Mc Kinley’u, więc chyba dość zorientowany. Od zbyt powolnego marszu marzną mi palce u nóg, ale ruszam nimi i mam nadzieję, że nie odmrożę. Pogoda znowu się psuje i gdy wychodzimy na przełęcz wiatr nieomal zbija nas z nóg. Japoński namiot okazuje się być dość mały i w dodatku kompletnie zasypany śniegiem. Udaje się nam go częściowo odkopać i wszyscy wciskamy się do niego. Nie jest to sytuacja zbyt komfortowa, ale zawsze to lepiej niż na zewnątrz. Udaje się nawet zagotować jakiś bulionik, co poprawia znacznie nasze samopoczucie.
Jednak po kilku godzinach siedzenia w nim w ósemkę, wszystko zaczyna w nim rozmakać i nasze kurtki i spodnie puchowe nasiąkają wodą. Około 10 wieczór Ken stwierdza, że marzną mu nogi i w ogóle jest mokry i chce wracać do naszej grotki, która teraz wydaje się być szczytem luksusu. Amerykanie podchwytują tę myśl, twierdzą, że wiatr trochę ucichł i można by zejść. Oponuję temu pomysłowi ile potrafię, chodzenie po nocy to nonsens, można się tylko odmrozić i zgubić, lepiej przebiwakować tych kilka godzin, a nuż jutro będzie lepiej i da się osiągnąć szczyt. W rezultacie decyduje się zostać tylko Austriak Franz, wszyscy Amerykanie zbierają się do zejścia (w instrukcji pisało, że przed akcjami na takich wysokościach trzeba się dobrze wyspać, a tu o spaniu nie ma mowy).
Koło 4 rano wiatr ucicha zupełnie. szybko gotujemy śniadanie i przygotowywujemy się do wyjścia. Na wszelki wypadek wkładam dodatkową, 3-cią parę skarpet – wczoraj było mi dość zimno w nogi. Gdy wychodzimy, niebo jest spokojne, choć przymglone, tak jakby za kilka godzin miał padać śnieg. Franz bierze plecak pierwszy, ale już po kilkudziesięciu metrach ustaje, twierdzi, że ledwie dźwiga swój ciężar, a plecak wykańcza go zupełnie. Chcąc nie-chcąc biorę go od niego i niosę przez resztę dnia, co z jednej strony napawa mnie dumą, jaki to jestem silny, a z drugiej świadomością jaki jestem głupi, że daję się tak jelenić.
Szlak jest świetnie wyznakowany chorągiewkami, śnieg
jest twardy, tak że poruszamy się dość raźno. Po 2-3
godzinach jesteśmy już na wielkim plateau podszczytowym, na wysokości około
Szlak zaczyna wyraźnie stromieć więc sądzimy, że
wchodzimy już na grań szczytową. Obok nas majaczą zerwy jakiejś olbrzymiej
krewasy, ale oprócz chorągiewek nic nie wydaje się być zbyt realne. Wreszcie
ostatnia chorągiewka. Nad nią, w odległości chyba
Po powrocie na

Berkeley, 21.10.1970
P.S. Sylwester 2006/2007. Czytając przedostatnie zdanie przypomniała mi się myśl sprzed lat ponad 35. Mianowicie to na praktycznie bezludnej Alasce, zapełnionej stadami łosi, niedźwiedziami oraz budowlami bobrów odkryłem, jak pięknie musiał wyglądać świat, zanim pojawił się na nim człowiek, a zwłaszcza jego podgatunek, znany jako anglosaski Amerykanin, uważający się za biblijny „lud boży”, powołany do sterroryzowania, swą pracą, całej Planety. Który to amerykański, biblijny (nowo)twór społeczny oby sczezł nam jak najprędzej. Czego wszystkim znajomym, oraz czytelnikom moich tekstów, w wigilię Nowego Roku 007, jak najszczerzej życzę.
M.G.
(Inne detale mego życiorysu „wysokogórskiego” podane są na stronach:
www.extreme-sport.pl w rubryce „ludzie gór”,
oraz na www.marek.glogoczowski.zaprasza.net)
Nadano w witrynie snpp.pl dnia 01 styczeń 2007 r.